Saldo migracji w pierwszym półroczu tego roku wyniosło +5,6 tys. osób - wynika z danych Głównego Urzędu Statystycznego. Oznacza, że więcej Polaków wróciło do kraju, niż z niego wyjechało. Mimo to wciąż około 1,5 mln polskich obywateli przebywa za granicą. Oznacza to, że emigracja zarobkowa wciąż cieszy się zainteresowaniem.
Dane Głównego Urzędu Statystycznego potwierdzają trend obserwowany od kilku lat - coraz więcej Polaków wybiera wyjazdy krótkoterminowe lub rotacyjne. Spadające zainteresowanie stałą emigracją wynika głównie z silnego przywiązania do kraju i rodziny, chęci zachowania większej elastyczności oraz rosnącej atrakcyjności pracy w Polsce.
W pierwszym okresie pandemii (2020-2021) migracje znacząco spadły. Zamknięcie granic, ograniczenia w podróżowaniu i niepewność ekonomiczna sprawiły, że wiele osób zrezygnowało z planów emigracji lub odłożyło je w czasie. Z danych GUS wynika, że emigracja na pobyt stały w 2020 roku (8780 osób) była najniższą wartością w badanym okresie (1966-2024).
Pandemia COVID-19 była istotnym czynnikiem wpływającym na trend migracyjny. W okresie pandemii wystąpiły ograniczenia w przemieszczaniu się, zamknięcie granic czy duże restrykcje sanitarne, co zmusiło część migrantów do powrotów lub rezygnacji z emigracji. Część osób wróciła ze względu na niepewność czy obawy zdrowotne. Wiele z tych osób zrewidowało swoje plany i nie zdecydowało się na powrót za granicę.
Pandemia COVID-19 przerwała ciągłość wielu migracji, a rosnące koszty życia po 2022 roku ograniczyły opłacalność pracy za granicą. Tym samym nasilił się trend krótkoterminowych migracji i powrotów.
Obecnie obserwujemy wyraźny wzrost popularności wyjazdów rotacyjnych. Polacy coraz częściej decydują się na krótkoterminową pracę za granicą, zamiast emigracji na stałe. To model elastyczny, który pozwala zarabiać za granicą, nie rezygnując z życia w Polsce.
Z danych Grupy Progres wynika, że aż 40% osób pracujących w Holandii przebywa tam zaledwie od 1 do 3 miesięcy, kolejne 35% od 4 do 9 miesięcy, natomiast tylko 10% decyduje się na pobyt od roku do pięciu lat, a około 5% osiedla się na stałe.
Wyższe ceny zakwaterowania, transportu i codziennych wydatków często niwelowały korzyści płynące z wyższych zarobków. Na krótsze wyjazdy decydują się młodsi pracownicy lub osoby uczące się, które planują połączyć pracę z jakąś inną aktywnością np. podróżowaniem czy nauką języka.
Zamiast zagranicznych wyjazdów za pracą np. w sezonie wakacyjnym, pracownicy częściej poszukują dodatkowego zatrudnienia w Polsce - dziś proponowane warunki zatrudnienia są bowiem atrakcyjniejsze niż jeszcze kilka lat temu, a jednocześnie praca dorywcza w kraju nie wiąże się z rozłąką lub dodatkowymi kosztami, np. zakwaterowania.
Na wyjazdy decydują się głównie fachowcy związani m.in. z branżą budowlaną i elektrotechniczną. Obecnie właściwie cała UE cierpi na niedobór kadr w tych sektorach. Wielu polskich specjalistów woli pracować np. w Niemczech lub Francji, bo tam cały czas zarobi więcej niż w kraju. Na przykład spawacz metodami MIG/MAG/TIG w Polsce zarabia od 6 do 9 tys. zł brutto (dane Manpower). Za granicą otrzyma grubo powyżej 10 tys. zł brutto. W ofercie opublikowanej w Centralnej Bazie Ofert Pracy podano kwotę 15 tys. zł (zatrudnienie we Francji, umowa o pracę na czas nieokreślony). W innej ofercie z CBOP w propozycji zatrudnienia dla pracownika budowalnego (montaż płyt kartonowo-gipsowycj, tynkowanie, malowanie, montaż okien) podano kwotę od 18 do 22 tys. zł - praca w holenderskim Rotterdamie, ale tu mowa jest o na umowie zlecenia.
Jeśli natomiast mówimy o specjalistach z wyższym wykształceniem, to część z nich decyduje się na dłuższy wyjazd, ale niekoniecznie na stałe. Zwykle są to kilkuletnie kontrakty w sektorach takich jak IT, inżynieria, finanse czy medycyna. Motywacją w tym przypadku są nie tylko zarobki, ale również rozwój kompetencji, dostęp do nowoczesnych technologii i projektów czy budowanie międzynarodowej kariery. Co ważne, coraz więcej specjalistów pracuje też w modelu hybrydowym lub zdalnym - z Polski dla zagranicznych pracodawców, co dodatkowo zmienia obraz mobilności zawodowej.
Gdzie najczęściej wyjeżdżają teraz Polacy za pracą? Od lat niezmiennie dominują kraje Europy Zachodniej - Niemcy, Holandia, Norwegia, Belgia, czasem także Czechy.
W przypadku wykwalifikowanych specjalistów dochodzą do tego również Skandynawia, Szwajcaria, Wielka Brytania i Irlandia. W sektorze IT czy finansów pojawiają się też oferty ze Stanów Zjednoczonych czy krajów Bliskiego Wschodu. Wybór kierunku zależy od branży, poziomu kwalifikacji oraz znajomości języka, jeśli jest wymagany przez pracodawcę.
Zmniejszenie emigracji zarobkowej z Polski, ale też zmiany preferencji zagranicznych firm, wymuszają zmiany w funkcjonowaniu agencji, które żyją z organizacji pracy za granicą. Wiele z tych firm musiało zmodyfikować profil działalności.
Agencje, które rekrutują pracowników tylko do pracy za granicą, mogą tracić portfolio klientów, bo widzimy, że pracodawcy z zachodu Europy coraz częściej poszukują pracowników bardziej na południu kontynentu, w nowych krajach Unii Europejskiej czy na Bałkanach lub wręcz decydują się na lokowanie zakładów produkcyjnych w Polsce. W przypadku agencji zatrudnienia, szczególnie międzynarodowych, dla których praca zagraniczna jest tylko wycinkiem działalności, nie ma to większego znaczenia, a międzynarodowy charakter takich agencji ułatwia też pokazywanie kandydatom szerszego wachlarza ofert - nie tylko krajowych, ale także zagranicznych. Dla klienta może to być przewaga, że agencja może mu zaproponować zarówno pracowników z danego państwa, ale też fachowców z innych krajów, w tym z Polski.
Dodajmy też, że gdy maleje emigracja z Polski, to zwiększa się imigracja do Polski. W 2020 r. w Polsce na pobyt stały zameldowano 13,3 tys. osób mających poprzednio stałe miejsce zamieszkania za granicą. W kolejnych latach było ich 15,4 tys. (2021), 15,6 tys. (2022) i 16,7 tys. (2023). W 2024 r. na pobyt stały zameldowano 19,5 tys. osób. Z danych GUS i Grupy Progres wynika, że w ubiegłym roku saldo migracji na pobyt stały osiągnęło +9,3 tys.
Liczba cudzoziemców z krajów Azji i Ameryki Łacińskiej pracujących w Polsce rośnie z roku na rok. W 2019 roku wydano im ok. 55 tys. zezwoleń na pracę, natomiast w 2023 roku było to już ponad 275 tys., co oznacza pięciokrotny wzrost.

Zmienia się również kierunek migracji uchodźców z Ukrainy. Pod koniec lutego 2024 r. uchodźcy z Ukrainy wybierają Niemcy. Mniejszy napływ Ukraińców oznacza dla polskiej gospodarki większą liczbę wolnych wakatów, szczególnie w sektorach produkcyjnych i fizycznych.
Wojna na Ukrainie oraz pogarszająca się sytuacja ekonomiczna w Azji Środkowej mocno zmieniły kierunki migracji zarobkowej. Kraje takie jak Uzbekistan, Tadżykistan, Kazachstan czy Kirgistan jeszcze kilka lat temu wysyłały najwięcej pracowników do Rosji. Według badania EWL Group średnie wynagrodzenie migrantów z Azji i Ameryki Łacińskiej pracujących w Polsce wynosi ok. 950 dolarów netto (3 774 zł). Aż 56% z nich zmieniłoby pracę tylko na lepszą ofertę w Polsce.
Zmiany demograficzne a rynek pracy
W 2024 r. na każde 100 osób w wieku produkcyjnym (od 18 do 59 lat w przypadku kobiet i do 64 lat w przypadku mężczyzn) przypadało w Polsce niespełna 41 osób w wieku emerytalnym. W 2010 r., gdy liczba osób w wieku produkcyjnym osiągnęła szczyt (24,8 mln), wskaźnik ten - znany jako wskaźnik obciążenia demograficznego - wynosił zaledwie 26 proc. W ciągu dekady, jak wynika z prognoz demograficznych Ministerstwa Finansów, dojdzie do 47 proc. I tam się nie zatrzyma. Prognozy MF, pochodzące z 2024 r., przypomniał w niedawnym raporcie Zakład Ubezpieczeń Społecznych.
"Dynamiczny wzrost współczynnika obciążenia demograficznego w najbliższych latach wynika z wychodzenia z wieku produkcyjnego i wchodzenia w wiek poprodukcyjny osób z wyżu demograficznego lat powojennych. Wyż ten zastępowany będzie na rynku pracy przez niż demograficzny przełomu XX i XXI wieku" - tłumaczą autorzy raportu.
Prognozy MF posłużyły ZUS za podstawę do szacunków tego, jaki napływ imigrantów w wieku produkcyjnym byłby wystarczający, aby zatrzymać wskaźnik obciążenia demograficznego na ubiegłorocznym poziomie lub spowolnić jego wzrost o połowę. W tych wyliczeniach zaskakuje to, jak mocno zmieniły się w ciągu zaledwie roku. To pokazuje, że sytuacja demograficzna Polski pogarsza się szybciej od oczekiwań.
Z nowej symulacji ZUS wynika, że aby wskaźnik obciążenia demograficznego do 2034 r. pozostał na poziomie 40,8 proc., co roku liczba przebywających w Polsce cudzoziemców w wieku produkcyjnym musiałaby zwiększać się o około 300 tys. Łącznie w ciągu dekady musiałaby wzrosnąć o niemal 3,1 mln. Dla porównania, na koniec 2024 r. do ubezpieczeń społecznych w ZUS zgłoszonych było blisko 1,2 mln cudzoziemców - to w przybliżeniu liczba pracujących w Polsce imigrantów.
Gdyby w 2034 r. nad Wisłą było o 3,1 mln więcej cudzoziemców, stanowiliby ponad 20 proc. populacji osób w wieku produkcyjnym w Polsce.
Gdyby napływ imigrantów miał jedynie spowolnić wzrost wskaźnika obciążenia demograficznego na tyle, aby w 2034 r. wyniósł 43,9 proc. zamiast prognozowanych 46,9 proc., musiałby sięgać 120-190 tys. rocznie. To oznaczałoby, że w ciągu dekady liczba cudzoziemców nad Wisłą wzrosłaby o około 1,4 mln, do niemal 2,6 mln. Ta grupa stanowiłaby wtedy niemal 13 proc. populacji osób w wieku produkcyjnym.
Poprzednia symulacja, którą ZUS opublikował latem 2024 r., wskazywała, że napływ imigrantów potrzebny do ustabilizowania wskaźnika obciążenia demograficznego, będzie zauważalnie mniejszy. W latach 2025-2033 (to okres, który obejmują obie symulacje) polska gospodarka miała potrzebować dodatkowych 2,3 mln cudzoziemców w wieku produkcyjnym, a nie 2,7 mln, jak sugeruje nowy raport ZUS.
Częściowo tłumaczy ją to, że zmienił się punkt wyjścia symulacji. Rok temu ZUS korzystał z prognozy MF, wedle której wskaźnik obciążenia demograficznego w 2024 r. miał wynieść 40,4 proc., a nie 40,8 proc. Miał też jednak wolniej rosnąć w kolejnych latach. Do 2033 r. miał dojść do 44,8 proc., zamiast do 46,2 proc., jak wynika z nowej prognozy Ministerstwa Finansów. To pokazuje, że nawet zmiany demograficzne, które uchodzą za dość przewidywalne, przebiegają zaskakująco szybko.

Zmiana trendu: Polska już nie przyciąga imigrantów?
Symulacje ZUS pokazują, że imigracja nie będzie w stanie tych zmian powstrzymać. Może je co najwyżej spowolnić, ale nieznacznie, a nie o połowę.
W rekordowym jak dotąd roku - 2022 r. - liczba cudzoziemców ubezpieczonych w ZUS wzrosła o 188 tys. Był to w dużej mierze wynik wybuchu wojny w Ukrainie i napływu uchodźców. W kolejnych dwóch latach łącznie imigrantów przybyło tylko 130 tys.
"Biorąc pod uwagę fakt, że od 2023 r. nastąpiła zmiana trendu przyrostów liczby cudzoziemców, mało realne wydają się w kilku najbliższych latach przyrosty liczby cudzoziemców w wieku produkcyjnym o 120- 190 tys. rocznie" - piszą wprost autorzy raportu ZUS.
Istnieją dwa główne powody, aby wątpić w to, że napływ tak dużej liczby imigrantów do Polski jest możliwy. Po pierwsze, jak od lat powtarza prof. Maciej Duszczyk, naukowiec zajmujący się migracjami, a obecnie wiceminister spraw wewnętrznych i administracji, zagrażałoby to spójności społecznej kraju. Według niego, biorąc pod uwagę nastroje społeczne, wyborcy zmietliby każdy rząd, który otworzyłby Polskę na taką falę cudzoziemców. Po drugie, Polska nie jest jedynym krajem Europy, którego ludność szybko się starzeje. To oznacza, że o wykwalifikowanych imigrantów musimy konkurować z innymi państwami, w tym takimi, które oferują lepsze warunki pracy.
W prognozach demograficznych z 2023 r. Komisja Europejska zakładała wręcz, że w najbliższych latach Polska będzie się borykała z ujemnym saldem migracji, tzn. że więcej osób będzie z Polski wyjeżdżało, niż przyjeżdżało. Później saldo migracji miało ustabilizować się w okolicy 60 tys. osób - czyli mniej więcej na poziomie z ostatnich dwóch lat.
Deficyt pracowników zmusi firmy do inwestycji
Jak wynika z prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego, kurczenie się populacji osób w wieku produkcyjnym będzie w najbliższych latach głównym hamulcem wzrostu gospodarczego w Polsce. Według tej organizacji tzw. potencjalne tempo rozwoju, możliwe do osiągnięcia przy pełnym wykorzystaniu czynników wytwórczych, jeszcze w tej dekadzie opadnie do około 2,7 proc. z 4 proc. przed pandemią COVID-19 i około 3 proc. obecnie.
To prowokuje pytanie, czy istnieją inne niż masowa imigracja sposoby, aby tego scenariusza uniknąć?
Jak już wspomnieliśmy, liczba osób w wieku produkcyjnym w Polsce maleje od kilkunastu lat. Od 2014., jak wynika z danych Eurostatu, populacja osób w wieku 15-64 lat (to jedna z definicji wieku produkcyjnego stosowana w statystyce międzynarodowej) stopniała nad Wisłą o ponad 11 proc. W tym czasie liczba pracujących z tej samej grupy zwiększyła się o ponad 6 proc. Jak to możliwe? Poziom aktywności zawodowej osób w wieku produkcyjnym rósł szybciej, niż malała liczebność tej grupy.
Na krótką metę w Polsce wciąż istnieje przestrzeń do zwiększania poziomu aktywności zawodowej osób w wieku produkcyjnym. Pod koniec 2024 r. pracowało niemal 81 proc. osób w wieku od 20 do 64 lat, w porównaniu do 73,3 proc. dekadę wcześniej. To już wynik na poziomie unijnej średniej, ale ta średnia też powoli rośnie.
Niektóre państwa UE, w tym także z Europy Środkowo-Wschodniej, były w stanie zwiększyć wskaźnik aktywności zawodowej powyżej 85 proc. W Polsce taki wynik też jest osiągalny, ale wymagałby zaktywizowania kobiet w wieku od 60 do 64 lat, co trudno wyobrazić sobie bez zrównania minimalnego wieku emerytalnego dla obu płci na poziomie 65 lat (co zresztą rekomenduje Polsce Międzynarodowy Fundusz Walutowy). W ubiegłym roku takich kobiet było w Polsce około 1,2 mln. Gdyby wszystkie zaliczyć do grupy osób w wieku produkcyjnym, wskaźnik obciążenia demograficznego wynosiłby w 2024 r. 37,4 proc., o 3,4 pkt proc. mniej niż faktycznie. Problem w tym, że podwyżki minimalnego wieku emerytalnego musiałyby być rozłożone na lata, tymczasem grupa kobiet w wieku od 60 do 64 lat też się stopniowo kurczy. W horyzoncie dekady nawet ich pełna aktywizacja nie byłaby więc w stanie zapewnić w Polsce tylu dodatkowych pracowników, aby choćby w połowie skompensować spadek liczby osób w wieku produkcyjnym.
Przywołane wyżej prognozy MFW sugerują, że także wzrost produktywności pracy nie będzie w stanie skompensować negatywnego wpływu trendów demograficznych na polską gospodarkę. To jednak wcale przesądzone nie jest. W praktyce wiele zależało będzie od aktywności inwestycyjnej firm. Część ekonomistów uważa zaś, że pogłębiający się deficyt pracowników stanie się dla firm silnym impulsem do zwiększenia nakładów na automatyzację oraz badania.
Przykładowo, ekonomiści z banku Pekao w opublikowanym niedawno raporcie "Czas Polski" przekonują, że w horyzoncie dekady stopa inwestycji w Polsce zwiększy się do 25 proc. PKB (z zaledwie 18 proc. PKB w ubiegłym roku). "Tak duża rola inwestycji jest więc wypadkową dziejowej konieczności i realnego zapotrzebowania na konkretne przedsięwzięcia. Innymi słowy - będziemy inwestować, bo musimy" - przekonują.
Zmiany demograficzne i rynek pracy w Polsce – wersja skrócona
Dane GUS potwierdzają postępujący spadek liczby osób wyjeżdżających z Polski na pobyt stały. Choć nadal występują różnice regionalne, to w ujęciu ogólnokrajowym emigracja stopniowo maleje. Zmienia się również jej charakter: coraz mniej Polaków decyduje się na trwałe osiedlenie za granicą, a wyjazdy zarobkowe często mają charakter sezonowy lub tymczasowy.
Potwierdzają to dane Grupy Progres, według których 40% osób podejmujących pracę w Holandii przebywa tam jedynie od 1 do 3 miesięcy, a kolejne 35% - od 4 do 9 miesięcy.
Obserwujemy wyraźny wzrost popularności wyjazdów rotacyjnych. Polacy coraz częściej decydują się na krótkoterminową pracę za granicą, zamiast emigracji na stałe. To model elastyczny, który pozwala zarabiać za granicą, nie rezygnując z życia w Polsce.
Rośnie też liczba osób wracających do kraju, chociaż wcześniej zakładali wieloletnią lub stałą migrację. Zmieniają zdanie, ponieważ zaczyna im doskwierać np. sytuacja społeczna lub ekonomiczna w państwie, w którym przebywają.
Na stały przyjazd i pracę w Polsce decyduje się też coraz więcej cudzoziemców. Najczęściej zakładają oni, że ich migracja zarobkowa nad Wisłę będzie dłuższa niż kilka miesięcy. 39 proc. badanych obcokrajowców chce spędzić u nas 5 lat lub więcej, 21 proc. planuje pobyt trwający od 3 do 5 lat, a 13 proc. od 1 roku do 2 lat. Co więcej, 68 proc. nie chce być u nas w pojedynkę - w przyszłości sprowadzi do Polski swoją rodzinę, 32 proc. nie ma takich planów, pokazuje badanie Grupy Progres. Co więcej, 27 proc. ankietowanych imigrantów przyznało, że ma zamiar zostać u nas na zawsze.
Do tej pory na taki krok zdecydowało się kilkaset tysięcy osób. Według danych GUS, przez ponad pół wieku (1966-2021) na pobyt stały w Polsce zameldowało się w sumie 337 012 imigrantów. Najczęściej pochodzili oni z Europy (254 048 osób), Ameryki Płn. i Płd.
Największy napływ ludności ogółem odnotowało województwo mazowieckie, do którego przeprowadziło się łącznie 4119 osób. Kolejne w rankingu były woj. małopolskie z 2580 imigrantami oraz dolnośląskie, które przyjęło 1549 osób.
Ponad tysiąc osób zameldowało się na pobyt stały w regionie śląskim (1473), pomorskim (1405), wielkopolskim (1395) i zachodniopomorskim (1103). Na drugim biegunie znalazły się woj. świętokrzyskie, warmińsko-mazurskie oraz opolskie, do których trafiło odpowiednio 373, 525 i 578 osób. W regionie podkarpackim zameldowało się 922 nowych mieszkańców. Na taki krok zdecydowało się też 731 osób w woj. łódzkim i 730 w woj. podlaskim.
Jeśli chodzi o emigrację, najwięcej osób wyjechało z województwa śląskiego - 1524 osoby, dolnośląskiego (1130) i opolskiego (913). Z pomorskiego wyemigrowało 820 osób, a z zachodniopomorskiego 646. W przypadku Podkarpacia 627 osób zdecydowało się na zmianę miejsca zamieszkania. Mazowieckie opuściło 617 osób, a Wielkopolskę 614 osób. Na kolejnych miejscach znajduje się region warmińsko-mazurski, z którego wymeldowało się 511 osób i woj. kujawsko-pomorskiego (461). Lubuskie opuściło 349 osób. Z woj. lubelskiego wyjechały 332 osoby, w łódzkim ubyło 322 mieszkańców. W przypadku woj. świętokrzyskiego liczba emigrantów wyniosła 238.
Znaczną część migrującej ludności nadal przyciągają miasta. W 2024 r. osiedliło się w nich łącznie 13 727 osób, podczas gdy wsie przyjęły 5788 imigrantów. W woj. mazowieckim do miast przeprowadziły się aż 3243 osoby, a w małopolskim - 1703. Najmniejszą imigrację miejską odnotowano w woj. świętokrzyskim i warmińsko-mazurskim (odpowiednio 201 i 329 osób). Wieś najwięcej zyskała w małopolskim (877 osób), mazowieckim (876) i podkarpackim (510), natomiast najmniej imigrantów zameldowało się na wsi w woj.
Wśród emigrantów dominowali również mieszkańcy miast - z terenów miejskich wyjechało 6765 osób, natomiast ze wsi 3449. Największy odpływ miejski odnotowano w województwie śląskim (1207 osób), dolnośląskim (792) i pomorskim (527), natomiast najmniejszy w podlaskim (125 osób).
Wieś staje się coraz popularniejszym miejscem do życia - wiele osób decyduje się na przeprowadzkę, szukając spokoju i lepszej jakości życia. Część z nich nadal pracuje w miejskich aglomeracjach, korzystając z dobrej infrastruktury i połączeń, ale rośnie też liczba osób, które znajdują zatrudnienie bliżej domu. Coraz więcej zakładów produkcyjnych, magazynów i stref ekonomicznych powstaje bowiem na obrzeżach miast lub poza ich granicami. Dzięki temu mieszkańcy wsi zyskują łatwiejszy dostęp do etatów, nie rezygnując z komfortu życia, który zapewnia im mniejsza miejscowość.
Lokalizacja nadal odgrywa jednak kluczową rolę przy wyborze zatrudnienia. Jak pokazują badania Grupy Progres, aż 87% kandydatów zwraca uwagę na położenie firmy podczas poszukiwań pracy. Mimo to jedynie 13% ofert pracy eksponuje atrakcyjną lokalizację jako atut. To wyraźny sygnał, że dostępność i wygoda dojazdu mają ogromne znaczenie dla pracowników. Niestety, wielu pracodawców nadal nie dostrzega pełnego potencjału, jaki kryje się w prowadzeniu firmy poza miastem.
Holding Grupy Progres jest jedną z największych agencji HR wśród firm z branży posiadających 100 proc. polskiego kapitału i działających na terenie całego kraju. W jej skład wchodzą spółki, z których najstarsza na rynku funkcjonuje od 2002 r. Grupa wspiera przedsiębiorstwa w całej Polsce w zakresie pracy tymczasowej (Progres HR), doradztwa biznesowego i szkoleń (Progres Consulting), rekrutacji stałych (Progres Permanent Recruitment), a także optymalizacji procesów (Progres Advanced Solutions). Rocznie zatrudnia niemal 20 tysięcy pracowników i realizuje 1,5 tysiąca projektów rekrutacyjnych. Posiada kilkadziesiąt oddziałów w Polsce i za granicą.
Organizacja była wielokrotnie nagradzana w prestiżowych konkursach, plebiscytach i rankingach tj. m.in. Diamenty Forbesa (2017 r. - laureat), Gazele Biznesu (2020 r. - druga najdynamiczniej rozwijająca się firma w Polsce), Medal Europejski (2021 r.), Lider Polskiego Biznesu (2022 r.), Firma Przyjazna Cudzoziemcom (2022 r.) czy Ambasador Polskiej Gospodarki BCC (2023 r.).
tags: #saldo #migracji #a #zatrudnienie #w #sferze

